Praktyki studenckie w liceum.
-
tometomek91
- Użytkownik

- Posty: 2954
- Rejestracja: 8 sie 2009, o 23:05
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 284 razy
- Pomógł: 500 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Cześć.
Jestem studentem trzeciego roku matematyki (w sumie to trwają jeszcze moje wakacje pomiędzy drugim a trzecim rokiem) i zgodnie z planem moich stuiów jestem w trakcie odbywania praktyk studenckich, które robię w moim byłym liceum. Jest to jedyne liceum w moim rodzinnym piętnasto-tysięcznym miasteczku, w którym uczy się ok 400 uczniów. Chciałbym się podzielic z Wami moimi doznaniami, odczuciami i prawidłowościami, które zdołałem zanotować podaczas ostatniego czasu spędzonego w szkole i opisać pokrótce jak one wyględają, jak wygląda mój sposób nauczania, zahaczając jednocześnie o psychologię ucznia.
Praktyki zacząłęm 1-go września. Opiekunem mioch praktyk jest mój były nauczyciel matematyki, z którym cały czas utrzymuję bardzo dobry kontakt. Uczę wszystkie klasy od pierwszych po trzecie. Już po tym krótkim okresie zorientowałem się, że jednym z najwazniejszych czynników nauczania w szkole jest utrzymanie przyjaznej atmosfery w klasie. Między innymi należy pokazać uczniom, że ja, jako nauczyciel, też jestem po ich stronie i razem chcemy pokonać maturę. Według mnie utrzymanie dobrej atmosfery w klasie to podstawa. Jest to trudne zadanie, lecz z pomocą przychodzą sami uczniowie. W każdej mojej klasie znajdzie się kilka osób (lub nawet kilaknaście), którzy są chętni do współpracy (dalej opiszę na czym ta współpraca polega). Dzięki takim osobom (i dialogom z nimi), reszta klasy też zaczyna interesować się lekcją.
Lecz aby w ogóle zainteresować jakiegokolwiek ucznia, nalezy go odpowiednio "podejść". W pierwszych klasach zacząłem przerabiać podstawowy dział matematyki - logikę. W tym przypadku nie trzeba było dużo wysiłku, żeby zainteresować słuchaczy. Wystarczyło opowiedzieć jak duży jest przeskok pomiędzy materiałem z gimnazjum i liceum, o czym generalnie będą się uczyć, jak będzie wyglądało ich dalsze kształcenie i bazując na tych wszystkich nowościach pojawiających się w liceum, przejść do definicji zdania logicznego. Następnie zajęliśmy się sprawdzaniem, czy zawsze prawdziwe są zdania, przeszliśmy do rachunku zbiorów itp. (całość, z działaniami na zbiorach, zajęła mi 4 lekcje). Uczniowie (w moim przypadku bynajmniej) sami byli tego ciekawi. W drugich klasach natomiast było trudniej z zainteresowaniem. Zaczął się dział planimetria i powstało pytanie jak zainteresowac uczniów tym działem (wiem, wiem, przerobić z nimi zbiór zadań W. Pompe np. ). Zacząć należało od definicji, między innymi pierwotnych, czyli punktu, zbioru punktów układających się w prostą, czyli ogółem nudy. Pierwsze lekcje z definicjami przeboleli (oczywiście wszystkie były poparte licznymi przykładami i pytaniami do uczniów, np. czy narysowany na tablicy kwadrat jest figurą geometryczną w sensie podanej definicji, za chwilę spytano, czy dwa punkty też tworzą figurę itp., czyli wspomniane dialogi z uczniami, co sprawiało, że lekcje nie były aż takie nudne). Później już było z górki: po wszelkich definicjach, twierdzeniach (dalej m. in. o czapeczce, o kącie wpisanym i środkowym, o kącie dopisanym, nierówności trójkąta itp. itd.) i innych różnościach czas na trening. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę, że w większości podobnych liceów geometria szkolna jest raczej uboga. Podobnie było w moim liceum. Postanowiłem wprowadzić pewną innowację: ja robię zadania, a uczniowie je przepisują do zeszytu. Przy całym rozwiązywaniu prowadzony jest dialog z uczniami i głównie oni mówią o swoich spostrzeżeniach prowadzących do rozwiązania. Zadania, podobnie jak moja lekcja, mają swoją specyfikę: 90% z nich zaczyna się "ulubionymi" przez uczniów słowami: "Wykaż, że...". Każde zadanie zrobione jest od a do z w 100% formalnie, uzupełnione o wszelkie niezbędne komentarze. W czasie jednej lekcji udaje się zrobić średnio 9 zadań z pełnym opisem. Taka nauka skutkuje tym, że niewiedzący nic o geomtrii uczniowie (jeszcze dwa tygodnie w tył nie znali geometrii), dziś radzą sobie z zadaniami typu: W trójkącie ABC dany jest punkt P. Wykaż, że \(\displaystyle{ PA+PB+PC \ge \frac{1}{2}(AB+BC+AC)}\).
Chcaiłem zaznaczyć, że zanim zaczęli rozwiązywać takie zadania, na pewnej wcześniejszej lekcji rozwiązywane było identyczne zadanie, jak podobne z kwadratem, pięciokątem foremnym i uogólnienie na \(\displaystyle{ n}\)-kąt foremny. To, że uczniowie nie chodzą do tablicy, tylko mówią z miejsca co mam na niej napisać (bardzo często pojawia się z mojej strony pytanie: co mam dalej napisać?), jest bardziej czasooszczędne. Wracając do zainteresowania uczniów lekcją przejdę do klas trzecich. Tutaj było bardzo łatwo, zaczął się dział statystyka, więc można było trzoszkę poopowiadać, powybierać z kalsy próbki losowe itp. Następnie dział rachunek prawdopodobieństwa, który poprzedziły przykłady paradoksów z książki Sztencla i Jakubowskiego m. in. o dwóch graczach, przedstawiony zostal dylemat Monty Halla i jego uogólnienie, dylemat więźnia itp. Tutaj było łatwo.
Ogólnie, w utrzymaniu zainteresowania pomogło równiez to, że byłem nowym nauczycielem, uczniowie byli ciekawi moich zachowań pod tablicą, tego jak do nich mówię itp. Pomógł również mój młody wiek
Samo zainteresowanie to połowa sukcesu, drugą jest prowadzenie lekcji pod względem dydaktycznym. Chodzi głównie o odpowiednie tumaczenie, odpowiednią ilość zadań na lekcji i ich porządne rozwiązanie wraz z komentarzami. Nad tym nie będę się tutaj zatrzymywał.
Niestety nieraz nie jest łatwo - w każdej klasie znajdują się ludzie, którzy są chętni do współpracy. Niestety są też tacy, którzy odwalają przeciwną robotę, tzn. zdarzają się sytuacje, gdy uczeń przerywa głupimi odpowiedziami, dopowiedzeniami itp. Chciałbym przedstawić teraz pewną analizę zachowań ucznia pod względem psychologicznym (jakże prawdziwą). Oto fragment mojego sprawozdania z tych praktyk:
Otóż z doświadczeń przeprowadzonych prze mnie (będąc jeszcze w liceum) można stwierdzić, że klasy nauczycieli-mężczyzn, zwłaszcza w młodym wieku, są znacznie bardziej trudne (tutaj w znaczeniu: trudniejsze do opanowania, niegrzeczne) niż te, z którymi pracuje nauczyciel-kobieta. Wynika to z nieograniczonej chęci uczniów-chłopców do zaimponowania przed płcią przeciwną, które polega najczęściej na przeszkadzaniu w prowadzeniu lekcji. Mniejszą tendencję do takiego zachowania mają uczniowie-dziewczynki. W samej chęci do wspomnianego zaimponowania, jak i w samym przypodobaniu się nie byłoby nic złego (każdy człowiek jest już tak zaprogramowany i koniec) gdyby nie sam sposób wykonania, czyli dogadywania nauczycielowi, odpowiadanie głupimi odpowiedziami itp. Przyczyną takiego zachowania może być między innymi to, że nauczyciel płci męskiej traktowany jest przez większość uczniów-chopców jako potencjalny rywal do zajęcia ich przyszłej życiowej roli: męża. Do psychologii ludzi w wieku licealnym nie będziemy się dalej zagłębiać. Zainteresowanych tym ciekawym tematem odsyłam do książki „Psychologia nauczania, Ujęcie poznawcze” autorstwa Marii Ledzińskiej i Ewy Czerniawskiej. W moich klasach zdarzały się bardzo sporadycznie takie zachowania (chyba nawet raz czy dwa), na co reagowałem śmiechem, lub powagą sytuacji. Według mnie, właśnie przyjacielska atmosfera w klasie zapobiega takim zachowaniom.
Podsumowując moje praktyki, choć jeszcze się nie skończyły (został tylko tydzień niestety ), chciałem poweidzieć, że były one jednym z najcudowniejszych doświadczeń w moim życiu. Każdy powienien takie coś przeżyć. Jednakowo chciałem też zachęcić ludzi studentów, niemogących zdecydować się na praktyki, do praktyk w szkole. Proszę również o opinie inncyh, jeśli doświadczyli coś takiego jak ja. Jak wyglądały Wasze praktyki? Czy również znaliście się dobrze z opiekunem praktyk? Czy prowadziliście lekcje, czy siedzieliście w ostatniej ławce? Jak radziliście sobie z omówionymi sytuacjami? Jak wygląda nauczanie w waszej szkole szczególnie geometrii? Czy to dobrze, że uczy osoba w wieku 21 lat (tyle mam )?
Proszę odpowiadać, opowiadać i dzielić się takimi doświadczeniami w tym temacie.
Jestem studentem trzeciego roku matematyki (w sumie to trwają jeszcze moje wakacje pomiędzy drugim a trzecim rokiem) i zgodnie z planem moich stuiów jestem w trakcie odbywania praktyk studenckich, które robię w moim byłym liceum. Jest to jedyne liceum w moim rodzinnym piętnasto-tysięcznym miasteczku, w którym uczy się ok 400 uczniów. Chciałbym się podzielic z Wami moimi doznaniami, odczuciami i prawidłowościami, które zdołałem zanotować podaczas ostatniego czasu spędzonego w szkole i opisać pokrótce jak one wyględają, jak wygląda mój sposób nauczania, zahaczając jednocześnie o psychologię ucznia.
Praktyki zacząłęm 1-go września. Opiekunem mioch praktyk jest mój były nauczyciel matematyki, z którym cały czas utrzymuję bardzo dobry kontakt. Uczę wszystkie klasy od pierwszych po trzecie. Już po tym krótkim okresie zorientowałem się, że jednym z najwazniejszych czynników nauczania w szkole jest utrzymanie przyjaznej atmosfery w klasie. Między innymi należy pokazać uczniom, że ja, jako nauczyciel, też jestem po ich stronie i razem chcemy pokonać maturę. Według mnie utrzymanie dobrej atmosfery w klasie to podstawa. Jest to trudne zadanie, lecz z pomocą przychodzą sami uczniowie. W każdej mojej klasie znajdzie się kilka osób (lub nawet kilaknaście), którzy są chętni do współpracy (dalej opiszę na czym ta współpraca polega). Dzięki takim osobom (i dialogom z nimi), reszta klasy też zaczyna interesować się lekcją.
Lecz aby w ogóle zainteresować jakiegokolwiek ucznia, nalezy go odpowiednio "podejść". W pierwszych klasach zacząłem przerabiać podstawowy dział matematyki - logikę. W tym przypadku nie trzeba było dużo wysiłku, żeby zainteresować słuchaczy. Wystarczyło opowiedzieć jak duży jest przeskok pomiędzy materiałem z gimnazjum i liceum, o czym generalnie będą się uczyć, jak będzie wyglądało ich dalsze kształcenie i bazując na tych wszystkich nowościach pojawiających się w liceum, przejść do definicji zdania logicznego. Następnie zajęliśmy się sprawdzaniem, czy zawsze prawdziwe są zdania, przeszliśmy do rachunku zbiorów itp. (całość, z działaniami na zbiorach, zajęła mi 4 lekcje). Uczniowie (w moim przypadku bynajmniej) sami byli tego ciekawi. W drugich klasach natomiast było trudniej z zainteresowaniem. Zaczął się dział planimetria i powstało pytanie jak zainteresowac uczniów tym działem (wiem, wiem, przerobić z nimi zbiór zadań W. Pompe np. ). Zacząć należało od definicji, między innymi pierwotnych, czyli punktu, zbioru punktów układających się w prostą, czyli ogółem nudy. Pierwsze lekcje z definicjami przeboleli (oczywiście wszystkie były poparte licznymi przykładami i pytaniami do uczniów, np. czy narysowany na tablicy kwadrat jest figurą geometryczną w sensie podanej definicji, za chwilę spytano, czy dwa punkty też tworzą figurę itp., czyli wspomniane dialogi z uczniami, co sprawiało, że lekcje nie były aż takie nudne). Później już było z górki: po wszelkich definicjach, twierdzeniach (dalej m. in. o czapeczce, o kącie wpisanym i środkowym, o kącie dopisanym, nierówności trójkąta itp. itd.) i innych różnościach czas na trening. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę, że w większości podobnych liceów geometria szkolna jest raczej uboga. Podobnie było w moim liceum. Postanowiłem wprowadzić pewną innowację: ja robię zadania, a uczniowie je przepisują do zeszytu. Przy całym rozwiązywaniu prowadzony jest dialog z uczniami i głównie oni mówią o swoich spostrzeżeniach prowadzących do rozwiązania. Zadania, podobnie jak moja lekcja, mają swoją specyfikę: 90% z nich zaczyna się "ulubionymi" przez uczniów słowami: "Wykaż, że...". Każde zadanie zrobione jest od a do z w 100% formalnie, uzupełnione o wszelkie niezbędne komentarze. W czasie jednej lekcji udaje się zrobić średnio 9 zadań z pełnym opisem. Taka nauka skutkuje tym, że niewiedzący nic o geomtrii uczniowie (jeszcze dwa tygodnie w tył nie znali geometrii), dziś radzą sobie z zadaniami typu: W trójkącie ABC dany jest punkt P. Wykaż, że \(\displaystyle{ PA+PB+PC \ge \frac{1}{2}(AB+BC+AC)}\).
Chcaiłem zaznaczyć, że zanim zaczęli rozwiązywać takie zadania, na pewnej wcześniejszej lekcji rozwiązywane było identyczne zadanie, jak podobne z kwadratem, pięciokątem foremnym i uogólnienie na \(\displaystyle{ n}\)-kąt foremny. To, że uczniowie nie chodzą do tablicy, tylko mówią z miejsca co mam na niej napisać (bardzo często pojawia się z mojej strony pytanie: co mam dalej napisać?), jest bardziej czasooszczędne. Wracając do zainteresowania uczniów lekcją przejdę do klas trzecich. Tutaj było bardzo łatwo, zaczął się dział statystyka, więc można było trzoszkę poopowiadać, powybierać z kalsy próbki losowe itp. Następnie dział rachunek prawdopodobieństwa, który poprzedziły przykłady paradoksów z książki Sztencla i Jakubowskiego m. in. o dwóch graczach, przedstawiony zostal dylemat Monty Halla i jego uogólnienie, dylemat więźnia itp. Tutaj było łatwo.
Ogólnie, w utrzymaniu zainteresowania pomogło równiez to, że byłem nowym nauczycielem, uczniowie byli ciekawi moich zachowań pod tablicą, tego jak do nich mówię itp. Pomógł również mój młody wiek
Samo zainteresowanie to połowa sukcesu, drugą jest prowadzenie lekcji pod względem dydaktycznym. Chodzi głównie o odpowiednie tumaczenie, odpowiednią ilość zadań na lekcji i ich porządne rozwiązanie wraz z komentarzami. Nad tym nie będę się tutaj zatrzymywał.
Niestety nieraz nie jest łatwo - w każdej klasie znajdują się ludzie, którzy są chętni do współpracy. Niestety są też tacy, którzy odwalają przeciwną robotę, tzn. zdarzają się sytuacje, gdy uczeń przerywa głupimi odpowiedziami, dopowiedzeniami itp. Chciałbym przedstawić teraz pewną analizę zachowań ucznia pod względem psychologicznym (jakże prawdziwą). Oto fragment mojego sprawozdania z tych praktyk:
Otóż z doświadczeń przeprowadzonych prze mnie (będąc jeszcze w liceum) można stwierdzić, że klasy nauczycieli-mężczyzn, zwłaszcza w młodym wieku, są znacznie bardziej trudne (tutaj w znaczeniu: trudniejsze do opanowania, niegrzeczne) niż te, z którymi pracuje nauczyciel-kobieta. Wynika to z nieograniczonej chęci uczniów-chłopców do zaimponowania przed płcią przeciwną, które polega najczęściej na przeszkadzaniu w prowadzeniu lekcji. Mniejszą tendencję do takiego zachowania mają uczniowie-dziewczynki. W samej chęci do wspomnianego zaimponowania, jak i w samym przypodobaniu się nie byłoby nic złego (każdy człowiek jest już tak zaprogramowany i koniec) gdyby nie sam sposób wykonania, czyli dogadywania nauczycielowi, odpowiadanie głupimi odpowiedziami itp. Przyczyną takiego zachowania może być między innymi to, że nauczyciel płci męskiej traktowany jest przez większość uczniów-chopców jako potencjalny rywal do zajęcia ich przyszłej życiowej roli: męża. Do psychologii ludzi w wieku licealnym nie będziemy się dalej zagłębiać. Zainteresowanych tym ciekawym tematem odsyłam do książki „Psychologia nauczania, Ujęcie poznawcze” autorstwa Marii Ledzińskiej i Ewy Czerniawskiej. W moich klasach zdarzały się bardzo sporadycznie takie zachowania (chyba nawet raz czy dwa), na co reagowałem śmiechem, lub powagą sytuacji. Według mnie, właśnie przyjacielska atmosfera w klasie zapobiega takim zachowaniom.
Podsumowując moje praktyki, choć jeszcze się nie skończyły (został tylko tydzień niestety ), chciałem poweidzieć, że były one jednym z najcudowniejszych doświadczeń w moim życiu. Każdy powienien takie coś przeżyć. Jednakowo chciałem też zachęcić ludzi studentów, niemogących zdecydować się na praktyki, do praktyk w szkole. Proszę również o opinie inncyh, jeśli doświadczyli coś takiego jak ja. Jak wyglądały Wasze praktyki? Czy również znaliście się dobrze z opiekunem praktyk? Czy prowadziliście lekcje, czy siedzieliście w ostatniej ławce? Jak radziliście sobie z omówionymi sytuacjami? Jak wygląda nauczanie w waszej szkole szczególnie geometrii? Czy to dobrze, że uczy osoba w wieku 21 lat (tyle mam )?
Proszę odpowiadać, opowiadać i dzielić się takimi doświadczeniami w tym temacie.
- Althorion
- Użytkownik

- Posty: 4293
- Rejestracja: 5 kwie 2009, o 18:54
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 9 razy
- Pomógł: 662 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Wybacz, ale muszę.
Czy za aktywność na lekcji stawiasz oceny? Jak traktujesz uczniów, którzy się nie wypowiadają? Czy wyciągasz odpowiedzi „na siłę”, od niezgłaszających się uczniów? Jak potrafisz zapanować nad kilkoma osobami wypowiadającymi się jednocześnie? Masz jakieś doświadczenie z klasami „wrogimi”, w których nikt nie chciał na początku współpracować?
„bynajmniej” to nie to samo co „przynajmniej”.Uczniowie (w moim przypadku bynajmniej) sami byli tego ciekawi.
Jak udaje Ci się utrzymać uwagę uczniów na zadaniu?Postanowiłem wprowadzić pewną innowację: ja robię zadania, a uczniowie je przepisują do zeszytu.
Wspaniałe tempo. Uczniowie wytrzymują?Każde zadanie zrobione jest od a do z w 100% formalnie, uzupełnione o wszelkie niezbędne komentarze. W czasie jednej lekcji udaje się zrobić średnio 9 zadań z pełnym opisem.
Czy za aktywność na lekcji stawiasz oceny? Jak traktujesz uczniów, którzy się nie wypowiadają? Czy wyciągasz odpowiedzi „na siłę”, od niezgłaszających się uczniów? Jak potrafisz zapanować nad kilkoma osobami wypowiadającymi się jednocześnie? Masz jakieś doświadczenie z klasami „wrogimi”, w których nikt nie chciał na początku współpracować?
-
tometomek91
- Użytkownik

- Posty: 2954
- Rejestracja: 8 sie 2009, o 23:05
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 284 razy
- Pomógł: 500 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Klasy liczą średnio 20-20 pare osób.
Zapomniałem dodać, że czasami, (dla rozluźnienia sytuacji niekiedy), na samym poczatku lekcji robię kartkówkę, ale taką bez konsekwencji: jak napiszesz masz plusa, jak nie, to nie. Na takiej kartkówce jest jedno zadanie, czasu jest tyle ile potrzebują. Zadania są specyficzne i nie wymagają jakiejś tam wiedzy matematycznej, np. "Ile maksymalnie wież można ustawić na szachownicy 8x8 tak, aby żadne dwie się nie szachowały? Uzasadnić.", "która z liczb jest większa \(\displaystyle{ \frac{6666666665}{6666666669}}\) czy \(\displaystyle{ \frac{5555555554}{5555555557}}\)" itp. to też pomaga. Ostatnio rzadko zdarzają się takie kartkówki, one jednak zabierają trochę czasu.
Cały czas do nich mówię. Z odpowiednim akcentem (tzn. z zainteresowaniem w moim głosie), nie dając do zrozumienia wprost, że lecimy z następnym zadaniem. Zadaję przy tym bardzo dużo pytań typu co mam dalej napisać czy narysować. I zawsze padają liczne odpowiedzi.Althorion pisze: Jak udaje Ci się utrzymać uwagę uczniów na zadaniu?
Tak, tempo jest mocne. Półki co wytrzymują. Najgorzej jest przy rysowaniu, wtedy się zaczyna: "można chwilę zaczekać?", "można troszkę wolniej?", "chwila, jeszcze nie przerysowaliśmy" itp. Zwalniam na moment po czym wracam do pierwotnego tempa. Uczulam ich mocno na to, by rysowali od ręki, to też zaoszczędzi trochę czasu.Althorion pisze: Wspaniałe tempo. Uczniowie wytrzymują?
Nie. Rzadko się zdarza bym wziął kogoś do tablicy, a tym bardziej jakichś ochotników. Jak już to mówię numer z dziennika i ta osoba proszona jest do tablicy, ale to zdarza się bardzo rzadko. Czasami zdarzy się, że powiem "Pan był mocno aktywny, więc pan dostanie plusa" raz miałem taką sytuację jedynie, gdzie tylko jedna osoba wykazywała się aktywnością i poczułem potrzebę nagrodzenia ją plusem. Zazwyczaj aktywna jest pewna grupa osób.Althorion pisze: Czy za aktywność na lekcji stawiasz oceny?
Niewypowiadającym zadam czasami wyrywkowo jakieś podchwytliwe pytanie dotyczące zagadnienia, o którym właśnie mówię. "Pani nam teraz powie czy ... jest zdarzeniem losowym?" zazwyczaj osoba nie zna odpowiedzi, wtedy "zerkamy wszyscy do definicji numer..., czyli innymi słowy pytam czy to coś jest podzbiorem omegi..." itp.Althorion pisze: Jak traktujesz uczniów, którzy się nie wypowiadają? Czy wyciągasz odpowiedzi „na siłę”, od niezgłaszających się uczniów?
Powtarzam i przepisuję po jednej, zazwyczaj najgłośniej mówiącej.Althorion pisze: Jak potrafisz zapanować nad kilkoma osobami wypowiadającymi się jednocześnie?
Nie, właśnie nie miałem żadnej takiej klasy. Chyba się nie zdarzyło, żeby nie chcięli współpracować. Odpowiednie podejście i współpracują.Althorion pisze: Masz jakieś doświadczenie z klasami „wrogimi”, w których nikt nie chciał na początku współpracować?
Zapomniałem dodać, że czasami, (dla rozluźnienia sytuacji niekiedy), na samym poczatku lekcji robię kartkówkę, ale taką bez konsekwencji: jak napiszesz masz plusa, jak nie, to nie. Na takiej kartkówce jest jedno zadanie, czasu jest tyle ile potrzebują. Zadania są specyficzne i nie wymagają jakiejś tam wiedzy matematycznej, np. "Ile maksymalnie wież można ustawić na szachownicy 8x8 tak, aby żadne dwie się nie szachowały? Uzasadnić.", "która z liczb jest większa \(\displaystyle{ \frac{6666666665}{6666666669}}\) czy \(\displaystyle{ \frac{5555555554}{5555555557}}\)" itp. to też pomaga. Ostatnio rzadko zdarzają się takie kartkówki, one jednak zabierają trochę czasu.
-
loitzl9006
- Moderator

- Posty: 3040
- Rejestracja: 21 maja 2009, o 19:08
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Starachowice
- Podziękował: 29 razy
- Pomógł: 816 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Fajne praktyki. Zazdroszczę robisz to co lubisz, to bardzo istotne.
Opowiem trochę o matematyce w mojej szkole, jak ja chodziłem do liceum. Nauczycielka przycisnęła nas od początku logiką i równaniami/nierównościami z wart. bezwzględną. Było ciężko, pojawiały się już w I klasie zadania "Wykaż, że... " ogólnie czuć było dużą różnicę pomiędzy materiałem z gimnazjum a szkołą średnią.
Ciekawostek matematycznych niewiele było ale cóż, trzeba było przecież zmieścić program dawnych 4 lat w 2,5 roku, także trzeba było "lecieć z materiałem".
Nauczycielka preferowała jednak wywoływanie do tablicy "po ławkach" zamiast pytanie uczniów z ławki. W mojej klasie było troszkę "nieznośnych" osób, i konieczność pójścia do tablicy jakoś zmuszała te osoby do czujności. Ale i tak schodziło parę minut na uciszanie ich. Czasami było na lekcji podyktowane zadanie, i osoba chętna szła do tablicy i robiła je na ocenę. W przypadku braku chętnego (dużo częstszy przypadek ) ) to było wybieranie "na ochotnika z dziennika". Skutkiem tego, nierzadko było kilka "niedostatecznych" na jednej lekcji.
Co do prac klasowych, to częściej bywały takie duże sprawdziany na całą lekcję, bardzo rzadko krótkie kartkówki. Łatwe nie były, zdarzały się poprawy poprawy poprawy sprawdzianów (ciężko z geom. analityczną było, z pracy klasowej to praktycznie trzy czwarte ocen w klasie były jedynki), ale dzięki możliwości popraw nie było żadnej niedostatecznej na koniec roku w mojej klasie.
Co do nauczania geometrii (planimetrii) to nie było nic niezwykłego: definicje do zeszytu, i potem zadanka ze zbioru Pazdro. Więcej na liczbach niż na dowodzenie. W przypadku stereometrii nauczycielka rozdała najpierw uczniom modele brył, ostrosłup, graniastosłup prosty, prawidłowy, sześcian itd omówiła własności, i potem zadanka.
W III klasie, oprócz normalnych lekcji, była taka jedna lekcja kiedy klasa dzieliła się na dwie grupy: poziom podstawowy i rozszerzony. Każda grupa zajmowała się właściwymi dla siebie zadaniami. Praca ze zbiorem Kiełbasy. Chętna (albo losowo wybrana) osoba z każdej grupy szła do tablicy do zadanka. To było mądre, ale jednak wiadomo, że jeden nauczyciel nie jest w stanie opanować dwóch grup rozwiązujących różne zadania w jednej sali lekcyjnej. Nie było mowy o realizacji 9 zadań na 45min, jak zrobiliśmy trzy (na rozszerzonym) to było bardzo dobrze. Standard to dwa zadania na godzinę.
Uważam że w liceum trafiłem na dobrą nauczycielkę - opierając się tylko na wiadomościach z lekcji i na tym co zapisałem w zeszycie i przeczytałem z książki - rozszerzenie (2009r.) zdałem na 60% (nie miałem w ogóle zbiorku Kiełbasy, nie robiłem zadań przed maturą we własnym zakresie).
Opowiem trochę o matematyce w mojej szkole, jak ja chodziłem do liceum. Nauczycielka przycisnęła nas od początku logiką i równaniami/nierównościami z wart. bezwzględną. Było ciężko, pojawiały się już w I klasie zadania "Wykaż, że... " ogólnie czuć było dużą różnicę pomiędzy materiałem z gimnazjum a szkołą średnią.
Ciekawostek matematycznych niewiele było ale cóż, trzeba było przecież zmieścić program dawnych 4 lat w 2,5 roku, także trzeba było "lecieć z materiałem".
Nauczycielka preferowała jednak wywoływanie do tablicy "po ławkach" zamiast pytanie uczniów z ławki. W mojej klasie było troszkę "nieznośnych" osób, i konieczność pójścia do tablicy jakoś zmuszała te osoby do czujności. Ale i tak schodziło parę minut na uciszanie ich. Czasami było na lekcji podyktowane zadanie, i osoba chętna szła do tablicy i robiła je na ocenę. W przypadku braku chętnego (dużo częstszy przypadek ) ) to było wybieranie "na ochotnika z dziennika". Skutkiem tego, nierzadko było kilka "niedostatecznych" na jednej lekcji.
Co do prac klasowych, to częściej bywały takie duże sprawdziany na całą lekcję, bardzo rzadko krótkie kartkówki. Łatwe nie były, zdarzały się poprawy poprawy poprawy sprawdzianów (ciężko z geom. analityczną było, z pracy klasowej to praktycznie trzy czwarte ocen w klasie były jedynki), ale dzięki możliwości popraw nie było żadnej niedostatecznej na koniec roku w mojej klasie.
Co do nauczania geometrii (planimetrii) to nie było nic niezwykłego: definicje do zeszytu, i potem zadanka ze zbioru Pazdro. Więcej na liczbach niż na dowodzenie. W przypadku stereometrii nauczycielka rozdała najpierw uczniom modele brył, ostrosłup, graniastosłup prosty, prawidłowy, sześcian itd omówiła własności, i potem zadanka.
W III klasie, oprócz normalnych lekcji, była taka jedna lekcja kiedy klasa dzieliła się na dwie grupy: poziom podstawowy i rozszerzony. Każda grupa zajmowała się właściwymi dla siebie zadaniami. Praca ze zbiorem Kiełbasy. Chętna (albo losowo wybrana) osoba z każdej grupy szła do tablicy do zadanka. To było mądre, ale jednak wiadomo, że jeden nauczyciel nie jest w stanie opanować dwóch grup rozwiązujących różne zadania w jednej sali lekcyjnej. Nie było mowy o realizacji 9 zadań na 45min, jak zrobiliśmy trzy (na rozszerzonym) to było bardzo dobrze. Standard to dwa zadania na godzinę.
Uważam że w liceum trafiłem na dobrą nauczycielkę - opierając się tylko na wiadomościach z lekcji i na tym co zapisałem w zeszycie i przeczytałem z książki - rozszerzenie (2009r.) zdałem na 60% (nie miałem w ogóle zbiorku Kiełbasy, nie robiłem zadań przed maturą we własnym zakresie).
-
Jan Kraszewski
- Administrator

- Posty: 36104
- Rejestracja: 20 mar 2006, o 21:54
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 6 razy
- Pomógł: 5347 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Tak sobie pomyślałem, że bardzo dobrze, że z takim zapałem nauczałeś tych licealistów, może cos im z tego zostanie.
Pomyślałem sobie też, że miałeś komfort, którego nauczyciel normalnie nie ma. Dla Ciebie osoby, które były nastawione na przeszkadzanie niż na współpracę, były problemem o tyle, że musiałeś ich jakoś zneutralizować, by nie rozbijali Ci lekcji. Normalny nauczyciel musi niestety zadbać też o to, by osoby te czegoś się nauczyły, co pochłania dużo czasu i wysiłku. Ty zaś byłeś raczej w sytuacji nauczyciela akademickiego, którego głównym zadaniem jest zainteresowanie studentów - ci, którzy nie chcą się uczyć, zostaną po prostu odsiani.
JK
Pomyślałem sobie też, że miałeś komfort, którego nauczyciel normalnie nie ma. Dla Ciebie osoby, które były nastawione na przeszkadzanie niż na współpracę, były problemem o tyle, że musiałeś ich jakoś zneutralizować, by nie rozbijali Ci lekcji. Normalny nauczyciel musi niestety zadbać też o to, by osoby te czegoś się nauczyły, co pochłania dużo czasu i wysiłku. Ty zaś byłeś raczej w sytuacji nauczyciela akademickiego, którego głównym zadaniem jest zainteresowanie studentów - ci, którzy nie chcą się uczyć, zostaną po prostu odsiani.
JK
-
tometomek91
- Użytkownik

- Posty: 2954
- Rejestracja: 8 sie 2009, o 23:05
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 284 razy
- Pomógł: 500 razy
Praktyki studenckie w liceum.
To ciekawy pomysł. Była tylko jedna taka lekcja? Może to byłoby dobre na dłuższą metę jeśli nie wszystkie osoby chciałyby się uczyć rozszerzenia? Chociaż lepiej jest jednak przekonać wszystkich do wyższego poziomu w tym sensie, że niech sobie zdają podstawę, rozszerzenia i tak będą się uczyćloitzl9006 pisze: W III klasie, oprócz normalnych lekcji, była taka jedna lekcja kiedy klasa dzieliła się na dwie grupy: poziom podstawowy i rozszerzony. Każda grupa zajmowała się właściwymi dla siebie zadaniami.
To prawda.Jan Kraszewski pisze:...miałeś komfort, którego nauczyciel normalnie nie ma. Dla Ciebie osoby, które były nastawione na przeszkadzanie niż na współpracę, były problemem o tyle, że musiałeś ich jakoś zneutralizować, by nie rozbijali Ci lekcji. Normalny nauczyciel musi niestety zadbać też o to, by osoby te czegoś się nauczyły, co pochłania dużo czasu i wysiłku. Ty zaś byłeś raczej w sytuacji nauczyciela akademickiego, którego głównym zadaniem jest zainteresowanie studentów - ci, którzy nie chcą się uczyć, zostaną po prostu odsiani.
JK
-
loitzl9006
- Moderator

- Posty: 3040
- Rejestracja: 21 maja 2009, o 19:08
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Starachowice
- Podziękował: 29 razy
- Pomógł: 816 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Nieprecyzyjnie się wyraziłem, chodziło mi o jedną lekcję tygodniowo z podziałem na poziomy. W mojej klasie więcej wybrało jednak poziom podstawowy. Rozszerzenie jakieś osiem osób o ile pamiętam. W jakimś tam stopniu pewnie sprawdziły się takie lekcje - trzy-cztery osoby miały 80%+ z rozszerzenia ale wiem że chodzili jeszcze na dodatkowe lekcje.
- miki999
- Użytkownik

- Posty: 8358
- Rejestracja: 28 lis 2007, o 18:10
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Gdańsk
- Podziękował: 36 razy
- Pomógł: 1001 razy
Praktyki studenckie w liceum.
U mnie był jeszcze lepszy (z mojego punktu widzenia) schemat. Otóż program trzeciej klasy kończyliśmy jeszcze w 1. semestrze III klasy. Składaliśmy się (żeby było taniej) na zbiory zadań/ testów maturalnych i już do samej matury je robiliśmy. Jak ktoś miał jakiś problem lub trafiło się ciekawsze zadanie, to omawialiśmy je wspólnie albo podchodziło się do nauczycielki. O ile dobrze pamiętam kilka razy jak mieliśmy 2 matematyki z rzędu, to umawialiśmy się, że danego dnia pisaliśmy sobie taką "próbną maturę".W III klasie, oprócz normalnych lekcji, była taka jedna lekcja kiedy klasa dzieliła się na dwie grupy: poziom podstawowy i rozszerzony. Każda grupa zajmowała się właściwymi dla siebie zadaniami.
Mieliśmy o tyle fajną sytuację, że liczba osób piszących rozszerzenie i podstawę dzieliła się prawie na pół, więc można było parami kupować 1 zbiór arkuszy maturalnych i dzielić go na pół.
-
norwimaj
- Użytkownik

- Posty: 5091
- Rejestracja: 11 mar 2011, o 16:31
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: 52°16'37''N 20°52'45''E
- Podziękował: 4 razy
- Pomógł: 1001 razy
Praktyki studenckie w liceum.
A czy jeden punkt jest figurą? Spytali o to?tometomek91 pisze:za chwilę spytano, czy dwa punkty też tworzą figurę itp.
To żart, prawda?tometomek91 pisze:Przyczyną takiego zachowania może być między innymi to, że nauczyciel płci męskiej traktowany jest przez większość uczniów-chopców jako potencjalny rywal do zajęcia ich przyszłej życiowej roli: męża.
Też kiedyś robiłem praktyki w liceum i bardzo mi się podobało. Nauczycielka prowadząca praktyki dała mi dużą swobodę w decydowaniu, co na danej lekcji będę robił. Z tego co wiem, nie wszędzie tak jest. Niektórzy nauczyciele lubią robić wszystko po swojemu i praktykant wtedy musi wszystko robić pod dyktando nauczyciela. Dlatego cieszę się że dobrze trafiłem.tometomek91 pisze:Podsumowując moje praktyki, choć jeszcze się nie skończyły (został tylko tydzień niestety ), chciałem poweidzieć, że były one jednym z najcudowniejszych doświadczeń w moim życiu.
Praktyki są dobrą okazją do lepszego nauczenia się matematyki, bo żeby komuś coś wytłumaczyć, to samemu trzeba bardzo dobrze to rozumieć. Poza tym prowadzenie lekcji sprawia dużo radości, bo uczniowie mają zawsze coś zabawnego do powiedzenia.
Może nie każdy, bo szkoda dzieciaków.tometomek91 pisze: Każdy powienien takie coś przeżyć.
Dla samego przeżycia praktyk jak najbardziej. Albo dla uzyskania uprawnień pedagogicznych, jeśli później mogą się gdzieś przydać. Natomiast praca w szkole nie wydaje mi się zachęcającą perspektywą. Zniechęcająca jest chociażby podstawa programowa.tometomek91 pisze: Jednakowo chciałem też zachęcić ludzi studentów, niemogących zdecydować się na praktyki, do praktyk w szkole.
U nas na UW trochę inaczej, bo robi się je przez cały rok szkolny/akademicki. Trzeba przeprowadzić sporo lekcji (to są ciekawe lekcje) i jeszcze więcej przesiedzieć (na tych lekcjach się bardzo nudziłem).tometomek91 pisze: Jak wyglądały Wasze praktyki?
Przed praktykami nie.tometomek91 pisze:Czy również znaliście się dobrze z opiekunem praktyk?
Wszystko jedno. Ważne żeby człowiek umiał utrzymać dyscyplinę i żeby dobrze prawił. Wiek moim zdaniem nie ma tu dużego znaczenia.tometomek91 pisze:Czy to dobrze, że uczy osoba w wieku 21 lat (tyle mam )?
Moim zdaniem warto. Chociażby ze względu na uczniów słabiej rozumiejących matematykę. Przy tablicy z pomocą nauczyciela/praktykanta uczeń rozwiąże zadanie i następne podobne zadanie też będzie umiał zrobić. A gdy zawsze będzie siedział w ławce, to może się zdarzyć, że nigdy nie spróbuje sam rozwiązać zadania (bo i tak za chwilę samo się zrobi) albo będzie próbował, ale gdy natrafi na pierwsze trudności, to zrezygnuje. Przy tablicy możesz takiemu uczniowi zadawać pytania pomocnicze i w końcu zrobi to zadanie sam z Twoją pomocą.tometomek91 pisze: Rzadko się zdarza bym wziął kogoś do tablicy, a tym bardziej jakichś ochotników.
Robiłeś jakąś klasówkę albo przynajmniej kartkówkę? Jeśli tak, to jak uczniowie wypadli?
Na lekcjach jesteś sam z klasą czy nauczyciel hospituje lekcje? U mnie bywało różnie. Lekcje hospitowane przez nauczycielkę były dla mnie dużo łatwiejsze, bo wtedy nie trzeba uciszać klasy i można się skupić na samym nauczaniu. Ale cieszyłem się też z wielu lekcji bez hospitacji, bo to jest prawdziwy sprawdzian umiejętności nauczycielskich.
-
tometomek91
- Użytkownik

- Posty: 2954
- Rejestracja: 8 sie 2009, o 23:05
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 284 razy
- Pomógł: 500 razy
Praktyki studenckie w liceum.
Tak naprawdę to zdążyłem pare tych kropek zrobić na tablicy wtedy spytałem, czy to figura. O jeden punkt nie pytałem, mówiłem chyba o tym przy omawianiu definicji pierwotnej dotyczącej punktu.norwimaj pisze: A czy jeden punkt jest figurą? Spytali o to?
Nie, czytałem o tym kiedyś, niestety nie pamietam gdzie. I tam w takim sensie było tam tak napisanenorwimaj pisze: To żart, prawda?
Tak, też to zauważyłem. Może się zdarzyć, że nie nawet nie spróbuje, ale i tak wkońcu nauczy się robienia takich zadań poprzez to patrzenie na rozwiązywanie.norwimaj pisze:Przy tablicy z pomocą nauczyciela/praktykanta uczeń rozwiąże zadanie i następne podobne zadanie też będzie umiał zrobić. A gdy zawsze będzie siedział w ławce, to może się zdarzyć, że nigdy nie spróbuje sam rozwiązać zadania (bo i tak za chwilę samo się zrobi) albo będzie próbował, ale gdy natrafi na pierwsze trudności, to zrezygnuje.
Z tych kartkówek na początku lekcji średnio otrzymywano 3 plusy, no chyba, że zadanie było naprawdę łatwe. Sprawdzian półki co zrobiłem z jedną klasą ze statystyki. Wg mnie był łatwy. Średnia punktów na 25 to 17, odchylenie 4. W tym tygodniu kolejne sprawdziany.norwimaj pisze: Robiłeś jakąś klasówkę albo przynajmniej kartkówkę? Jeśli tak, to jak uczniowie wypadli?
norwimaj pisze: Na lekcjach jesteś sam z klasą czy nauczyciel hospituje lekcje?
U mnie też jest różnie. Tak, gdy jest nauczyciel nie trzeba uciszać klasy.
-
Jan Kraszewski
- Administrator

- Posty: 36104
- Rejestracja: 20 mar 2006, o 21:54
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wrocław
- Podziękował: 6 razy
- Pomógł: 5347 razy
Praktyki studenckie w liceum.
To bardzo optymistyczne założenie. Ja mam to u studentów matematyki - rezygnują po natrafieniu na pierwsze trudności, tylko patrzą się na rozwiązywanie i, niestety, nie uczą się tego nawet w końcu...tometomek91 pisze:Tak, też to zauważyłem. Może się zdarzyć, że nie nawet nie spróbuje, ale i tak wkońcu nauczy się robienia takich zadań poprzez to patrzenie na rozwiązywanie.norwimaj pisze:Przy tablicy z pomocą nauczyciela/praktykanta uczeń rozwiąże zadanie i następne podobne zadanie też będzie umiał zrobić. A gdy zawsze będzie siedział w ławce, to może się zdarzyć, że nigdy nie spróbuje sam rozwiązać zadania (bo i tak za chwilę samo się zrobi) albo będzie próbował, ale gdy natrafi na pierwsze trudności, to zrezygnuje.
JK