Lubię matematykę, ale mam słabe oceny
: 12 lut 2018, o 02:14
Witam wszystkich!
Jestem obecnie w 3 klasie gimnazjum. Może zanim przejdę do mojego problemu to trochę opowiem jak wyglądała moja dotychczasowa przygoda z matematyką. W podstawówce miałam beznadziejną nauczycielkę, która nic nie potrafiła wytłumaczyć, a jedynie straszyła nie zdaniem do następnej klasy. Nie byłam wtedy zbyt ambitna, więc tę matmę olewałam i jechałam na samych trójkach. Uważałam się za typ 'humanistki' i planowałam iść w tym kierunku. Wszystko zmieniło się w gimnazjum, gdy trafiłam na świetnego nauczyciela, który zaraził mnie swoją pasją do matematyki. Uwielbiam jego lekcje. Jest wymagający, ale przy tym też nie wywiera na nas presji, no i przede wszystkim świetnie tłumaczy wszystkie zagadnienia. Pierwszą i drugą klasę skończyłam z samymi 5 i 6. Wszystko wynosiłam z lekcji i nigdy nie uczyłam się w domu. Pod koniec drugiej klasy podjęłam decyzję, że pójdę na mat-fiza. Byłam zdeterminowana i od początku trzeciej klasy zaczęłam przykładać się do matematyki. Nasz nauczyciel, z racji zbliżających się egzaminów, podwyższył poprzeczkę i zaczął dawać coraz trudniejesze zadania. Na lekcji wszystko rozumiem, zadania rozwiązuję do przodu - poprawnie. Na sprawdzianach za to wszystko się zmienia. Tak jakby cała moja wiedza uleciała wraz z otrzymaniem kartki. Jadę na samych 2. Gdy dostałam pierwszą 3 zaczęłam się uczyć w domu. Rezultat? Z kolejnego sprawdzianu dostałam 1. Mam wrażenie, że im więcej się uczę tym gorsze mam oceny. Jak to jest możliwe? Całkowicie straciłam zapał. Do ostatniego sprawdzianu z funkcji przyłożyłam się wyjątkowo mocno, bo bardzo spodobał mi się ten dział. W domu rozwiązywałam wszystkie zadania dobrze. Po napisaniu sprawdzianu czułam się świetnie i byłam przekonana, że dostanę 6! Dostałam 4. I może wydać się to dziwne, ale po otrzymaniu sprawdzianu się rozpłakałam, mimo że była to jedna z moich lepszych ocen. Poczułam się tak bezsilnie... Robię wszystko i nawet więcej, a i tak zawalam. Kompletnie zwątpiłam w siebie i już nie wiem gdzie iść po gimnazjum. Skoro teraz sobie nie daję sobie rady, to jak sobie poradzę na rozszerzonej matematyce? Najgorsze jest to, że tylko ja tak spadłam z ocenami. Moi znajomi mają same 5 :/
Wie ktoś dlaczego tak się dzieje? Jest na to jakieś psychologiczne wytłumaczenie (zbyt bardzo się staram?) czy może po prostu nie mam zdolności matematycznych? Jak mogę się polepszyć?
Nie pisałabym tego na forum, gdyby nie fakt, że powoli wykańczam się psychicznie i czuję się po prostu głupio. Powiedziałam o tym moim rodzicom, a oni stwierdzili, że nie wszyscy muszą być matematykami, a mi przecież tak świetnie idzie z polskiego. Kompletnie mnie to załamało, płakałam chyba całe popołudnie. Nie chcę być humanistką... Polski i historia kompletnie mnie nie interesują. Zasypiam na tych lekcjach. Wszyscy mówią mi, że umiem pisać, że powinnam iść na dziennikarstwo itd., ale mnie to kompletnie nie interesuje. Czuję się jakbym działała przeciw sobie, bo nawet ja już zauważyłam, że nie jestem ścisłowcem. Zastanawiam się czy powinnam sobie po prostu odpuścić i znaleźć coś innego co by mnie interesowało? Sama już nie wiem, a za 3 miesiące będę wybierać nową szkołę. To mnie przeraża.
Jestem obecnie w 3 klasie gimnazjum. Może zanim przejdę do mojego problemu to trochę opowiem jak wyglądała moja dotychczasowa przygoda z matematyką. W podstawówce miałam beznadziejną nauczycielkę, która nic nie potrafiła wytłumaczyć, a jedynie straszyła nie zdaniem do następnej klasy. Nie byłam wtedy zbyt ambitna, więc tę matmę olewałam i jechałam na samych trójkach. Uważałam się za typ 'humanistki' i planowałam iść w tym kierunku. Wszystko zmieniło się w gimnazjum, gdy trafiłam na świetnego nauczyciela, który zaraził mnie swoją pasją do matematyki. Uwielbiam jego lekcje. Jest wymagający, ale przy tym też nie wywiera na nas presji, no i przede wszystkim świetnie tłumaczy wszystkie zagadnienia. Pierwszą i drugą klasę skończyłam z samymi 5 i 6. Wszystko wynosiłam z lekcji i nigdy nie uczyłam się w domu. Pod koniec drugiej klasy podjęłam decyzję, że pójdę na mat-fiza. Byłam zdeterminowana i od początku trzeciej klasy zaczęłam przykładać się do matematyki. Nasz nauczyciel, z racji zbliżających się egzaminów, podwyższył poprzeczkę i zaczął dawać coraz trudniejesze zadania. Na lekcji wszystko rozumiem, zadania rozwiązuję do przodu - poprawnie. Na sprawdzianach za to wszystko się zmienia. Tak jakby cała moja wiedza uleciała wraz z otrzymaniem kartki. Jadę na samych 2. Gdy dostałam pierwszą 3 zaczęłam się uczyć w domu. Rezultat? Z kolejnego sprawdzianu dostałam 1. Mam wrażenie, że im więcej się uczę tym gorsze mam oceny. Jak to jest możliwe? Całkowicie straciłam zapał. Do ostatniego sprawdzianu z funkcji przyłożyłam się wyjątkowo mocno, bo bardzo spodobał mi się ten dział. W domu rozwiązywałam wszystkie zadania dobrze. Po napisaniu sprawdzianu czułam się świetnie i byłam przekonana, że dostanę 6! Dostałam 4. I może wydać się to dziwne, ale po otrzymaniu sprawdzianu się rozpłakałam, mimo że była to jedna z moich lepszych ocen. Poczułam się tak bezsilnie... Robię wszystko i nawet więcej, a i tak zawalam. Kompletnie zwątpiłam w siebie i już nie wiem gdzie iść po gimnazjum. Skoro teraz sobie nie daję sobie rady, to jak sobie poradzę na rozszerzonej matematyce? Najgorsze jest to, że tylko ja tak spadłam z ocenami. Moi znajomi mają same 5 :/
Wie ktoś dlaczego tak się dzieje? Jest na to jakieś psychologiczne wytłumaczenie (zbyt bardzo się staram?) czy może po prostu nie mam zdolności matematycznych? Jak mogę się polepszyć?
Nie pisałabym tego na forum, gdyby nie fakt, że powoli wykańczam się psychicznie i czuję się po prostu głupio. Powiedziałam o tym moim rodzicom, a oni stwierdzili, że nie wszyscy muszą być matematykami, a mi przecież tak świetnie idzie z polskiego. Kompletnie mnie to załamało, płakałam chyba całe popołudnie. Nie chcę być humanistką... Polski i historia kompletnie mnie nie interesują. Zasypiam na tych lekcjach. Wszyscy mówią mi, że umiem pisać, że powinnam iść na dziennikarstwo itd., ale mnie to kompletnie nie interesuje. Czuję się jakbym działała przeciw sobie, bo nawet ja już zauważyłam, że nie jestem ścisłowcem. Zastanawiam się czy powinnam sobie po prostu odpuścić i znaleźć coś innego co by mnie interesowało? Sama już nie wiem, a za 3 miesiące będę wybierać nową szkołę. To mnie przeraża.