Rzemięślnictwo czy zrozumienie?
: 22 lip 2015, o 11:53
Dzień Dobry.
We wrześniu br. rozpocznę klasę II liceum ogólnokształcącego. Pragnę na wstępie bardzo przeprosić za obszerność mojego tekstu i podziękować zarazem tym, którzy zechcą poświęcić swój czas, by mi pomóc. Mam szczerą nadzieję, że nie zostanie on potraktowany jako jedna z wielu próśb o pomoc w obliczu typowych zaległości czy też często przytaczanego "braku predyspozycji". Pragnę poruszyć inne zagadnienie, w odniesieniu do mnie. Zanim przejdę jednak do istoty problemu, chcę opisać swoje doświadczenia z przedmiotami ścisłymi na przestrzeni całej dotychczasowej edukacji.
Na absolutnie najwcześniejszych etapach nauki, matematykę po prostu szczerze lubiłem. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że na poziomie I i II klasy szkoły podstawowej byłem nawet z tych najlepszych w swoim otoczeniu. Niestety później to zaczęło gdzieś zanikać i tak w klasach IV - VI osiągałem zazwyczaj oceny dobre, z rzadka przeplatane bardzo dobrymi. W gimnazjum spadłem jeszcze niżej. Przez trzy lata niemal zawsze kończyłem semestr z oceną dostateczną i taki poziom trwa w zasadzie do dzisiaj, kiedy to skończyłem klasę I liceum.
Przeciętne oceny z matematyki sprawiły, że nieco wbrew sobie poszedłem do klasy humanistycznej. Wbrew sobie, dlatego, że tym typowym dzisiejszym humanistą "umiem pisać, nie umiem liczyć" zbytnio się nie czuję. Zawsze lubiłem i z łatwością radziłem sobie z językiem polskim, jednak jednocześnie fascynowała mnie fizyka, z której osiągałem bardzo dobre wyniki. W moich zainteresowaniach odgrywa ona wręcz kluczową rolę, więc w miarę możliwości starałem się poszerzać wiedzę z kilku szczególnie ważnych dla mnie działów. Jeszcze jednym szczególnym dla mnie przedmiotem była dla mnie geografia, choć tutaj również najbardziej pociągała mnie geografia fizyczna, wymagająca zrozumienia pewnych zjawisk. Przedmioty przyrodnicze, którym chyba bliżej do ścisłych po prostu nie sprawiały mi większej trudności.
Wracając jednak do samej matematyki, nie ukrywam, że nigdy zbyt wiele się nie uczyłem. Godzina powtórki działu przed snem wystarczała, by napisać pracę klasową na ocenę dostateczną. W ostatnich semestrach, było kilka wyjątków - działów z których tak samo tj. bez nauki czułem się naprawdę pewnie i prace klasowe pisałem bezbłędnie. Ogółem jednak lenistwo w efekcie którego uczyłem się zmęczony na ostatnią chwilę, dawała mi poczucie, że przecież coś tam pracowałem... Dopiero z perspektywy czasu zdałem sobie sprawę, że coś takiego nie ma sensu. Motywacji do pracy nad sobą dodał mi fakt, że w zbliżającej się klasie odpada wiele przedmiotów na które świadomie traciłem czas. Niestety chęć zdobycia przyzwoitej średniej wygrywała z rozsądkiem skupienia się nad naprawdę istotnymi przedmiotami.
Z powyższego opisu wynikać może, że sam nie wiem kim właściwie jestem i dokładnie tak się czuję. Myśląc jednak o swojej przyszłości, nieśmiało marzę o kierunkach technicznych. Zacząłem w ostatnich tygodniach wolnego czasu bardziej szanować matematykę i sumienie powtarzać materiał od podstaw. Zdaję sobie sprawę, że poprawę ocen i rzetelne przygotowanie do matury daje mi tylko rozwiązywanie kolejnych zadań.
Tu właśnie rodzi się pytanie.
Czy w moim przypadku możliwe jest naprawdę poprawienie myślenia abstrakcyjnego, którego jak mniemam mi brakuje i faktyczne zrozumienie matematyki, czy pozostaje mi nauka schematów i rozwiązywania zadań na pamięć? Mam świadomość, że dotychczasowa nauka mogła opierać się najwyżej na tym drugim. Wydaje mi się, że szkoła też niestety tego uczy. Bardzo schematyczne i powtarzalne arkusze maturalne oraz kolejne tak samo skonstruowane polecenia w zwykłych podręcznikach sprawiają, że problematyczne może stać się rozwiązanie tego samego zadania inaczej sformułowanego.
Ile ludzi tyle opinii. Na wielu forach czytałem zwykle dwa stanowiska - jedno budzące jakąś nadzieję i drugie, nieco brutalne. Część twierdzi, że odpowiednim nakładem pracy można obudzić w sobie te zdolności i nie jest to kwestia wrodzonych predyspozycji, a tylko właśnie sumiennej pracy. Inni mówią, że w takim przypadku można co najwyżej uczyć się schematów i nigdy nie pojąć matematyki.
Postanowiłem w końcu zwrócić się z prośbą o opinię i pomoc do grona ludzi obytych z matematyką, którzy są w stanie udzielić rzeczowej odpowiedzi.
Pozdrawiam.
We wrześniu br. rozpocznę klasę II liceum ogólnokształcącego. Pragnę na wstępie bardzo przeprosić za obszerność mojego tekstu i podziękować zarazem tym, którzy zechcą poświęcić swój czas, by mi pomóc. Mam szczerą nadzieję, że nie zostanie on potraktowany jako jedna z wielu próśb o pomoc w obliczu typowych zaległości czy też często przytaczanego "braku predyspozycji". Pragnę poruszyć inne zagadnienie, w odniesieniu do mnie. Zanim przejdę jednak do istoty problemu, chcę opisać swoje doświadczenia z przedmiotami ścisłymi na przestrzeni całej dotychczasowej edukacji.
Na absolutnie najwcześniejszych etapach nauki, matematykę po prostu szczerze lubiłem. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że na poziomie I i II klasy szkoły podstawowej byłem nawet z tych najlepszych w swoim otoczeniu. Niestety później to zaczęło gdzieś zanikać i tak w klasach IV - VI osiągałem zazwyczaj oceny dobre, z rzadka przeplatane bardzo dobrymi. W gimnazjum spadłem jeszcze niżej. Przez trzy lata niemal zawsze kończyłem semestr z oceną dostateczną i taki poziom trwa w zasadzie do dzisiaj, kiedy to skończyłem klasę I liceum.
Przeciętne oceny z matematyki sprawiły, że nieco wbrew sobie poszedłem do klasy humanistycznej. Wbrew sobie, dlatego, że tym typowym dzisiejszym humanistą "umiem pisać, nie umiem liczyć" zbytnio się nie czuję. Zawsze lubiłem i z łatwością radziłem sobie z językiem polskim, jednak jednocześnie fascynowała mnie fizyka, z której osiągałem bardzo dobre wyniki. W moich zainteresowaniach odgrywa ona wręcz kluczową rolę, więc w miarę możliwości starałem się poszerzać wiedzę z kilku szczególnie ważnych dla mnie działów. Jeszcze jednym szczególnym dla mnie przedmiotem była dla mnie geografia, choć tutaj również najbardziej pociągała mnie geografia fizyczna, wymagająca zrozumienia pewnych zjawisk. Przedmioty przyrodnicze, którym chyba bliżej do ścisłych po prostu nie sprawiały mi większej trudności.
Wracając jednak do samej matematyki, nie ukrywam, że nigdy zbyt wiele się nie uczyłem. Godzina powtórki działu przed snem wystarczała, by napisać pracę klasową na ocenę dostateczną. W ostatnich semestrach, było kilka wyjątków - działów z których tak samo tj. bez nauki czułem się naprawdę pewnie i prace klasowe pisałem bezbłędnie. Ogółem jednak lenistwo w efekcie którego uczyłem się zmęczony na ostatnią chwilę, dawała mi poczucie, że przecież coś tam pracowałem... Dopiero z perspektywy czasu zdałem sobie sprawę, że coś takiego nie ma sensu. Motywacji do pracy nad sobą dodał mi fakt, że w zbliżającej się klasie odpada wiele przedmiotów na które świadomie traciłem czas. Niestety chęć zdobycia przyzwoitej średniej wygrywała z rozsądkiem skupienia się nad naprawdę istotnymi przedmiotami.
Z powyższego opisu wynikać może, że sam nie wiem kim właściwie jestem i dokładnie tak się czuję. Myśląc jednak o swojej przyszłości, nieśmiało marzę o kierunkach technicznych. Zacząłem w ostatnich tygodniach wolnego czasu bardziej szanować matematykę i sumienie powtarzać materiał od podstaw. Zdaję sobie sprawę, że poprawę ocen i rzetelne przygotowanie do matury daje mi tylko rozwiązywanie kolejnych zadań.
Tu właśnie rodzi się pytanie.
Czy w moim przypadku możliwe jest naprawdę poprawienie myślenia abstrakcyjnego, którego jak mniemam mi brakuje i faktyczne zrozumienie matematyki, czy pozostaje mi nauka schematów i rozwiązywania zadań na pamięć? Mam świadomość, że dotychczasowa nauka mogła opierać się najwyżej na tym drugim. Wydaje mi się, że szkoła też niestety tego uczy. Bardzo schematyczne i powtarzalne arkusze maturalne oraz kolejne tak samo skonstruowane polecenia w zwykłych podręcznikach sprawiają, że problematyczne może stać się rozwiązanie tego samego zadania inaczej sformułowanego.
Ile ludzi tyle opinii. Na wielu forach czytałem zwykle dwa stanowiska - jedno budzące jakąś nadzieję i drugie, nieco brutalne. Część twierdzi, że odpowiednim nakładem pracy można obudzić w sobie te zdolności i nie jest to kwestia wrodzonych predyspozycji, a tylko właśnie sumiennej pracy. Inni mówią, że w takim przypadku można co najwyżej uczyć się schematów i nigdy nie pojąć matematyki.
Postanowiłem w końcu zwrócić się z prośbą o opinię i pomoc do grona ludzi obytych z matematyką, którzy są w stanie udzielić rzeczowej odpowiedzi.
Pozdrawiam.