Praktyki studenckie w liceum.
: 17 wrz 2012, o 17:08
Cześć.
Jestem studentem trzeciego roku matematyki (w sumie to trwają jeszcze moje wakacje pomiędzy drugim a trzecim rokiem) i zgodnie z planem moich stuiów jestem w trakcie odbywania praktyk studenckich, które robię w moim byłym liceum. Jest to jedyne liceum w moim rodzinnym piętnasto-tysięcznym miasteczku, w którym uczy się ok 400 uczniów. Chciałbym się podzielic z Wami moimi doznaniami, odczuciami i prawidłowościami, które zdołałem zanotować podaczas ostatniego czasu spędzonego w szkole i opisać pokrótce jak one wyględają, jak wygląda mój sposób nauczania, zahaczając jednocześnie o psychologię ucznia.
Praktyki zacząłęm 1-go września. Opiekunem mioch praktyk jest mój były nauczyciel matematyki, z którym cały czas utrzymuję bardzo dobry kontakt. Uczę wszystkie klasy od pierwszych po trzecie. Już po tym krótkim okresie zorientowałem się, że jednym z najwazniejszych czynników nauczania w szkole jest utrzymanie przyjaznej atmosfery w klasie. Między innymi należy pokazać uczniom, że ja, jako nauczyciel, też jestem po ich stronie i razem chcemy pokonać maturę. Według mnie utrzymanie dobrej atmosfery w klasie to podstawa. Jest to trudne zadanie, lecz z pomocą przychodzą sami uczniowie. W każdej mojej klasie znajdzie się kilka osób (lub nawet kilaknaście), którzy są chętni do współpracy (dalej opiszę na czym ta współpraca polega). Dzięki takim osobom (i dialogom z nimi), reszta klasy też zaczyna interesować się lekcją.
Lecz aby w ogóle zainteresować jakiegokolwiek ucznia, nalezy go odpowiednio "podejść". W pierwszych klasach zacząłem przerabiać podstawowy dział matematyki - logikę. W tym przypadku nie trzeba było dużo wysiłku, żeby zainteresować słuchaczy. Wystarczyło opowiedzieć jak duży jest przeskok pomiędzy materiałem z gimnazjum i liceum, o czym generalnie będą się uczyć, jak będzie wyglądało ich dalsze kształcenie i bazując na tych wszystkich nowościach pojawiających się w liceum, przejść do definicji zdania logicznego. Następnie zajęliśmy się sprawdzaniem, czy zawsze prawdziwe są zdania, przeszliśmy do rachunku zbiorów itp. (całość, z działaniami na zbiorach, zajęła mi 4 lekcje). Uczniowie (w moim przypadku bynajmniej) sami byli tego ciekawi. W drugich klasach natomiast było trudniej z zainteresowaniem. Zaczął się dział planimetria i powstało pytanie jak zainteresowac uczniów tym działem (wiem, wiem, przerobić z nimi zbiór zadań W. Pompe np. ). Zacząć należało od definicji, między innymi pierwotnych, czyli punktu, zbioru punktów układających się w prostą, czyli ogółem nudy. Pierwsze lekcje z definicjami przeboleli (oczywiście wszystkie były poparte licznymi przykładami i pytaniami do uczniów, np. czy narysowany na tablicy kwadrat jest figurą geometryczną w sensie podanej definicji, za chwilę spytano, czy dwa punkty też tworzą figurę itp., czyli wspomniane dialogi z uczniami, co sprawiało, że lekcje nie były aż takie nudne). Później już było z górki: po wszelkich definicjach, twierdzeniach (dalej m. in. o czapeczce, o kącie wpisanym i środkowym, o kącie dopisanym, nierówności trójkąta itp. itd.) i innych różnościach czas na trening. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę, że w większości podobnych liceów geometria szkolna jest raczej uboga. Podobnie było w moim liceum. Postanowiłem wprowadzić pewną innowację: ja robię zadania, a uczniowie je przepisują do zeszytu. Przy całym rozwiązywaniu prowadzony jest dialog z uczniami i głównie oni mówią o swoich spostrzeżeniach prowadzących do rozwiązania. Zadania, podobnie jak moja lekcja, mają swoją specyfikę: 90% z nich zaczyna się "ulubionymi" przez uczniów słowami: "Wykaż, że...". Każde zadanie zrobione jest od a do z w 100% formalnie, uzupełnione o wszelkie niezbędne komentarze. W czasie jednej lekcji udaje się zrobić średnio 9 zadań z pełnym opisem. Taka nauka skutkuje tym, że niewiedzący nic o geomtrii uczniowie (jeszcze dwa tygodnie w tył nie znali geometrii), dziś radzą sobie z zadaniami typu: W trójkącie ABC dany jest punkt P. Wykaż, że \(\displaystyle{ PA+PB+PC \ge \frac{1}{2}(AB+BC+AC)}\).
Chcaiłem zaznaczyć, że zanim zaczęli rozwiązywać takie zadania, na pewnej wcześniejszej lekcji rozwiązywane było identyczne zadanie, jak podobne z kwadratem, pięciokątem foremnym i uogólnienie na \(\displaystyle{ n}\)-kąt foremny. To, że uczniowie nie chodzą do tablicy, tylko mówią z miejsca co mam na niej napisać (bardzo często pojawia się z mojej strony pytanie: co mam dalej napisać?), jest bardziej czasooszczędne. Wracając do zainteresowania uczniów lekcją przejdę do klas trzecich. Tutaj było bardzo łatwo, zaczął się dział statystyka, więc można było trzoszkę poopowiadać, powybierać z kalsy próbki losowe itp. Następnie dział rachunek prawdopodobieństwa, który poprzedziły przykłady paradoksów z książki Sztencla i Jakubowskiego m. in. o dwóch graczach, przedstawiony zostal dylemat Monty Halla i jego uogólnienie, dylemat więźnia itp. Tutaj było łatwo.
Ogólnie, w utrzymaniu zainteresowania pomogło równiez to, że byłem nowym nauczycielem, uczniowie byli ciekawi moich zachowań pod tablicą, tego jak do nich mówię itp. Pomógł również mój młody wiek
Samo zainteresowanie to połowa sukcesu, drugą jest prowadzenie lekcji pod względem dydaktycznym. Chodzi głównie o odpowiednie tumaczenie, odpowiednią ilość zadań na lekcji i ich porządne rozwiązanie wraz z komentarzami. Nad tym nie będę się tutaj zatrzymywał.
Niestety nieraz nie jest łatwo - w każdej klasie znajdują się ludzie, którzy są chętni do współpracy. Niestety są też tacy, którzy odwalają przeciwną robotę, tzn. zdarzają się sytuacje, gdy uczeń przerywa głupimi odpowiedziami, dopowiedzeniami itp. Chciałbym przedstawić teraz pewną analizę zachowań ucznia pod względem psychologicznym (jakże prawdziwą). Oto fragment mojego sprawozdania z tych praktyk:
Otóż z doświadczeń przeprowadzonych prze mnie (będąc jeszcze w liceum) można stwierdzić, że klasy nauczycieli-mężczyzn, zwłaszcza w młodym wieku, są znacznie bardziej trudne (tutaj w znaczeniu: trudniejsze do opanowania, niegrzeczne) niż te, z którymi pracuje nauczyciel-kobieta. Wynika to z nieograniczonej chęci uczniów-chłopców do zaimponowania przed płcią przeciwną, które polega najczęściej na przeszkadzaniu w prowadzeniu lekcji. Mniejszą tendencję do takiego zachowania mają uczniowie-dziewczynki. W samej chęci do wspomnianego zaimponowania, jak i w samym przypodobaniu się nie byłoby nic złego (każdy człowiek jest już tak zaprogramowany i koniec) gdyby nie sam sposób wykonania, czyli dogadywania nauczycielowi, odpowiadanie głupimi odpowiedziami itp. Przyczyną takiego zachowania może być między innymi to, że nauczyciel płci męskiej traktowany jest przez większość uczniów-chopców jako potencjalny rywal do zajęcia ich przyszłej życiowej roli: męża. Do psychologii ludzi w wieku licealnym nie będziemy się dalej zagłębiać. Zainteresowanych tym ciekawym tematem odsyłam do książki „Psychologia nauczania, Ujęcie poznawcze” autorstwa Marii Ledzińskiej i Ewy Czerniawskiej. W moich klasach zdarzały się bardzo sporadycznie takie zachowania (chyba nawet raz czy dwa), na co reagowałem śmiechem, lub powagą sytuacji. Według mnie, właśnie przyjacielska atmosfera w klasie zapobiega takim zachowaniom.
Podsumowując moje praktyki, choć jeszcze się nie skończyły (został tylko tydzień niestety ), chciałem poweidzieć, że były one jednym z najcudowniejszych doświadczeń w moim życiu. Każdy powienien takie coś przeżyć. Jednakowo chciałem też zachęcić ludzi studentów, niemogących zdecydować się na praktyki, do praktyk w szkole. Proszę również o opinie inncyh, jeśli doświadczyli coś takiego jak ja. Jak wyglądały Wasze praktyki? Czy również znaliście się dobrze z opiekunem praktyk? Czy prowadziliście lekcje, czy siedzieliście w ostatniej ławce? Jak radziliście sobie z omówionymi sytuacjami? Jak wygląda nauczanie w waszej szkole szczególnie geometrii? Czy to dobrze, że uczy osoba w wieku 21 lat (tyle mam )?
Proszę odpowiadać, opowiadać i dzielić się takimi doświadczeniami w tym temacie.
Jestem studentem trzeciego roku matematyki (w sumie to trwają jeszcze moje wakacje pomiędzy drugim a trzecim rokiem) i zgodnie z planem moich stuiów jestem w trakcie odbywania praktyk studenckich, które robię w moim byłym liceum. Jest to jedyne liceum w moim rodzinnym piętnasto-tysięcznym miasteczku, w którym uczy się ok 400 uczniów. Chciałbym się podzielic z Wami moimi doznaniami, odczuciami i prawidłowościami, które zdołałem zanotować podaczas ostatniego czasu spędzonego w szkole i opisać pokrótce jak one wyględają, jak wygląda mój sposób nauczania, zahaczając jednocześnie o psychologię ucznia.
Praktyki zacząłęm 1-go września. Opiekunem mioch praktyk jest mój były nauczyciel matematyki, z którym cały czas utrzymuję bardzo dobry kontakt. Uczę wszystkie klasy od pierwszych po trzecie. Już po tym krótkim okresie zorientowałem się, że jednym z najwazniejszych czynników nauczania w szkole jest utrzymanie przyjaznej atmosfery w klasie. Między innymi należy pokazać uczniom, że ja, jako nauczyciel, też jestem po ich stronie i razem chcemy pokonać maturę. Według mnie utrzymanie dobrej atmosfery w klasie to podstawa. Jest to trudne zadanie, lecz z pomocą przychodzą sami uczniowie. W każdej mojej klasie znajdzie się kilka osób (lub nawet kilaknaście), którzy są chętni do współpracy (dalej opiszę na czym ta współpraca polega). Dzięki takim osobom (i dialogom z nimi), reszta klasy też zaczyna interesować się lekcją.
Lecz aby w ogóle zainteresować jakiegokolwiek ucznia, nalezy go odpowiednio "podejść". W pierwszych klasach zacząłem przerabiać podstawowy dział matematyki - logikę. W tym przypadku nie trzeba było dużo wysiłku, żeby zainteresować słuchaczy. Wystarczyło opowiedzieć jak duży jest przeskok pomiędzy materiałem z gimnazjum i liceum, o czym generalnie będą się uczyć, jak będzie wyglądało ich dalsze kształcenie i bazując na tych wszystkich nowościach pojawiających się w liceum, przejść do definicji zdania logicznego. Następnie zajęliśmy się sprawdzaniem, czy zawsze prawdziwe są zdania, przeszliśmy do rachunku zbiorów itp. (całość, z działaniami na zbiorach, zajęła mi 4 lekcje). Uczniowie (w moim przypadku bynajmniej) sami byli tego ciekawi. W drugich klasach natomiast było trudniej z zainteresowaniem. Zaczął się dział planimetria i powstało pytanie jak zainteresowac uczniów tym działem (wiem, wiem, przerobić z nimi zbiór zadań W. Pompe np. ). Zacząć należało od definicji, między innymi pierwotnych, czyli punktu, zbioru punktów układających się w prostą, czyli ogółem nudy. Pierwsze lekcje z definicjami przeboleli (oczywiście wszystkie były poparte licznymi przykładami i pytaniami do uczniów, np. czy narysowany na tablicy kwadrat jest figurą geometryczną w sensie podanej definicji, za chwilę spytano, czy dwa punkty też tworzą figurę itp., czyli wspomniane dialogi z uczniami, co sprawiało, że lekcje nie były aż takie nudne). Później już było z górki: po wszelkich definicjach, twierdzeniach (dalej m. in. o czapeczce, o kącie wpisanym i środkowym, o kącie dopisanym, nierówności trójkąta itp. itd.) i innych różnościach czas na trening. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę, że w większości podobnych liceów geometria szkolna jest raczej uboga. Podobnie było w moim liceum. Postanowiłem wprowadzić pewną innowację: ja robię zadania, a uczniowie je przepisują do zeszytu. Przy całym rozwiązywaniu prowadzony jest dialog z uczniami i głównie oni mówią o swoich spostrzeżeniach prowadzących do rozwiązania. Zadania, podobnie jak moja lekcja, mają swoją specyfikę: 90% z nich zaczyna się "ulubionymi" przez uczniów słowami: "Wykaż, że...". Każde zadanie zrobione jest od a do z w 100% formalnie, uzupełnione o wszelkie niezbędne komentarze. W czasie jednej lekcji udaje się zrobić średnio 9 zadań z pełnym opisem. Taka nauka skutkuje tym, że niewiedzący nic o geomtrii uczniowie (jeszcze dwa tygodnie w tył nie znali geometrii), dziś radzą sobie z zadaniami typu: W trójkącie ABC dany jest punkt P. Wykaż, że \(\displaystyle{ PA+PB+PC \ge \frac{1}{2}(AB+BC+AC)}\).
Chcaiłem zaznaczyć, że zanim zaczęli rozwiązywać takie zadania, na pewnej wcześniejszej lekcji rozwiązywane było identyczne zadanie, jak podobne z kwadratem, pięciokątem foremnym i uogólnienie na \(\displaystyle{ n}\)-kąt foremny. To, że uczniowie nie chodzą do tablicy, tylko mówią z miejsca co mam na niej napisać (bardzo często pojawia się z mojej strony pytanie: co mam dalej napisać?), jest bardziej czasooszczędne. Wracając do zainteresowania uczniów lekcją przejdę do klas trzecich. Tutaj było bardzo łatwo, zaczął się dział statystyka, więc można było trzoszkę poopowiadać, powybierać z kalsy próbki losowe itp. Następnie dział rachunek prawdopodobieństwa, który poprzedziły przykłady paradoksów z książki Sztencla i Jakubowskiego m. in. o dwóch graczach, przedstawiony zostal dylemat Monty Halla i jego uogólnienie, dylemat więźnia itp. Tutaj było łatwo.
Ogólnie, w utrzymaniu zainteresowania pomogło równiez to, że byłem nowym nauczycielem, uczniowie byli ciekawi moich zachowań pod tablicą, tego jak do nich mówię itp. Pomógł również mój młody wiek
Samo zainteresowanie to połowa sukcesu, drugą jest prowadzenie lekcji pod względem dydaktycznym. Chodzi głównie o odpowiednie tumaczenie, odpowiednią ilość zadań na lekcji i ich porządne rozwiązanie wraz z komentarzami. Nad tym nie będę się tutaj zatrzymywał.
Niestety nieraz nie jest łatwo - w każdej klasie znajdują się ludzie, którzy są chętni do współpracy. Niestety są też tacy, którzy odwalają przeciwną robotę, tzn. zdarzają się sytuacje, gdy uczeń przerywa głupimi odpowiedziami, dopowiedzeniami itp. Chciałbym przedstawić teraz pewną analizę zachowań ucznia pod względem psychologicznym (jakże prawdziwą). Oto fragment mojego sprawozdania z tych praktyk:
Otóż z doświadczeń przeprowadzonych prze mnie (będąc jeszcze w liceum) można stwierdzić, że klasy nauczycieli-mężczyzn, zwłaszcza w młodym wieku, są znacznie bardziej trudne (tutaj w znaczeniu: trudniejsze do opanowania, niegrzeczne) niż te, z którymi pracuje nauczyciel-kobieta. Wynika to z nieograniczonej chęci uczniów-chłopców do zaimponowania przed płcią przeciwną, które polega najczęściej na przeszkadzaniu w prowadzeniu lekcji. Mniejszą tendencję do takiego zachowania mają uczniowie-dziewczynki. W samej chęci do wspomnianego zaimponowania, jak i w samym przypodobaniu się nie byłoby nic złego (każdy człowiek jest już tak zaprogramowany i koniec) gdyby nie sam sposób wykonania, czyli dogadywania nauczycielowi, odpowiadanie głupimi odpowiedziami itp. Przyczyną takiego zachowania może być między innymi to, że nauczyciel płci męskiej traktowany jest przez większość uczniów-chopców jako potencjalny rywal do zajęcia ich przyszłej życiowej roli: męża. Do psychologii ludzi w wieku licealnym nie będziemy się dalej zagłębiać. Zainteresowanych tym ciekawym tematem odsyłam do książki „Psychologia nauczania, Ujęcie poznawcze” autorstwa Marii Ledzińskiej i Ewy Czerniawskiej. W moich klasach zdarzały się bardzo sporadycznie takie zachowania (chyba nawet raz czy dwa), na co reagowałem śmiechem, lub powagą sytuacji. Według mnie, właśnie przyjacielska atmosfera w klasie zapobiega takim zachowaniom.
Podsumowując moje praktyki, choć jeszcze się nie skończyły (został tylko tydzień niestety ), chciałem poweidzieć, że były one jednym z najcudowniejszych doświadczeń w moim życiu. Każdy powienien takie coś przeżyć. Jednakowo chciałem też zachęcić ludzi studentów, niemogących zdecydować się na praktyki, do praktyk w szkole. Proszę również o opinie inncyh, jeśli doświadczyli coś takiego jak ja. Jak wyglądały Wasze praktyki? Czy również znaliście się dobrze z opiekunem praktyk? Czy prowadziliście lekcje, czy siedzieliście w ostatniej ławce? Jak radziliście sobie z omówionymi sytuacjami? Jak wygląda nauczanie w waszej szkole szczególnie geometrii? Czy to dobrze, że uczy osoba w wieku 21 lat (tyle mam )?
Proszę odpowiadać, opowiadać i dzielić się takimi doświadczeniami w tym temacie.