Ukryta treść:
teraz widzę, że dla ludzi nawet zdolnych i pracowitych z matematyki, którzy jednak nie widzą geometrii - a to jest chyba pewna spostrzegawczość - zaryzykuję wniosek, że wrodzona lub dla ludzi, którzy nie mają żadnego nauczyciela tudzież kółka na poziomie - nie jest ta olimpiada. Po dwóch latach kokszenia, gdzie przebiłem się przez 800 zadań - dalej nie widząc geometrii - stwierdzam że straciłem czas. Licząc na algebrę i teorię liczb - zawiodłem się nieco. Na finał i tak nie liczę. Dochodzę teraz do wniosku, że wszyscy koksujący to ludzie, którzy tracą czas... Bo nie? Jakby się tak zastanowić - na co ta cała wiedza? Nie widzę jej zastosowania na studiach. Dlatego rada Djanga - człowieka, który mimo wszystko jakieś tam sukcesy i wiedzę ma - a brak finału go szczególnie nie boli - jeśli nie widzisz geometrii i nie masz żadnego senseja, daj sobie z tym spokój - mniemam, że zadanka szkolne Cię już nudzą - zacznij uczyć się matematyki na studia. To największy pożytek - a zwłaszcza z analizy - w innych dziedzinach wiedzy. Bo olimpiada? Co daje? 100% na maturze? Każdy przeciętny II-etapowiec jest w stanie na kacu nabić powyżej 90% - a 100% w stanie trzeźwości. Rozwija myślenie? Rozwinąć można je prawie czymkolwiek.
Naucza czegoś nowego? Niezbyt. Jedynie to pewna przygoda - jakiś wyjazd, poznanie nowych ludzi. Ale to też można zrobić w inny sposób. Olimpiada wymaga wszechstronności w różnych jej dziedzinach - a przecież... powiedzmy sobie szczerze - każdy matematyk działa w jakiejś dziedzinie i w niej się specjalizuje. Ot. Tyle mądrości tudzież pospolitego pieprzenia.
Naucza czegoś nowego? Niezbyt. Jedynie to pewna przygoda - jakiś wyjazd, poznanie nowych ludzi. Ale to też można zrobić w inny sposób. Olimpiada wymaga wszechstronności w różnych jej dziedzinach - a przecież... powiedzmy sobie szczerze - każdy matematyk działa w jakiejś dziedzinie i w niej się specjalizuje. Ot. Tyle mądrości tudzież pospolitego pieprzenia.






