Trzeba przede wszystkim rozdzielić matematykę szkolną od matematyki wyższej. Domeną ludzi, którzy dobrze poruszają się dobrze w świecie matematyki wyższej jest myślenie, a nie liczenie. Niestety mam wrażenie, że powszechny obraz matematyka to właśnie człowiek liczący. Tak samo jak częsty obraz człowieka po studiach informatycznych, to gość który potrafi naprawić komputer.
To, że ktoś ma na maturze z matematyki 100% niewiele znaczy, bo jeżeli idzie na studia matematyczne, a nie ma pasji i zawzięcia to będzie mu po prostu trudno. Nie wystarczy przerobić kilku zbiorów zadań, trzeba ciągle się rozwijać. Największy szok na pewno przeżywają osoby, które poszły na studia matematyczne, a w czasach szkolnych nawet nie były zainteresowane różnego rodzaju aktywnościami (np. konkursy, czy olimpiady). Inny świat.
Pewnie 10 lat temu pisałbym, że nie tyle warto się uczyć, co trzeba. Z perspektywy czasu uważam, że przede wszystkim trzeba się rozwijać. Odnaleźć swoje pasje. Nie stać w miejscu. To nie zawsze będzie po drodze z matematyką, a jeżeli kiedyś te drogi się przetną, to będzie łatwiej. Jestem zdania, że jeżeli dziecko w wieku szkolnym bardzo lubi historię, a nie lubi matematyki (i to nie jest kwestia nauczyciela, tylko pasji), to przede wszystkim powinien poświęcać swój czas na rozwój w kierunku historii, natomiast na matematykę powinien poświęcić tyle czasy aby uzyskać założony z rodzicami cel (np. trója, czy czwóra). Aktualnie jest tak, że taki człowiek siedzi 10 godzin nad znienawidzoną matematyką bo wymaga się od niego samych piątek, a na ukochaną historie ma pół godziny, bo jest tak dobry że wymagane minimum do piątki robi sprawnie. Powiedzcie mi, kto w dorosłym życiu na coś takiego by się zgodził?
A co do motocykla to, co oznacza jedyna poprawna odpowiedź? Czy autor zadania sugeruje, że jadąc na motocyklu 10 km/godzinę nie zauważę 15 calowego gwoździa i w niego wjadę? Czy autor sugeruje w zadaniu, że ja wcześniej nie dowiedziałem się o gwoździu od kolegi, który jechał rano tą samą trasą i złapał gumę? Przypomina mi się kawał o Jasiu (jeden z wielu tego typu): "pytanie z cyklu, jest 10 gołębi na dachu i ktoś zastrzelił jednego, ile gołębi zostało?". Gdyby to było zadanie matematyczne to można by powiedzieć, że 9. Mój syn obstawia, że 0, bo wystrzał z broni spłoszy resztę. Ja bym rozpatrywał wyniki z pewnym prawdopodobieństwem, bo np. strzelając z cichej broni moglibyśmy spłoszyć jedynie sąsiadów ofiary. Czyli 0% że zostanie 10, i np. 1% że zostanie 0. Im bardziej patrzymy na problemy życiowo tym więcej jest rozwiązań
